Karierę
estradową zaczynał w 1969 roku w bigbeatowej grupie z Wrocławia, Pakt,
jako perkusista. W następnej dekadzie dał się już jednak poznać jako
biegły gitarzysta rockowy. A od 1994 roku znamy go jako muzyka odrodzonego
Perfectu. Z zespołem tym nagrał płyty Jestem, Geny i Śmigło (dorzucając
także swoje kompozycje), a w końcu zeszłego roku doczekał się solowej
płyty Ulefos Blues, z własnymi utworami instrumentalnymi. Tę udaną
- oczywiście bardzo mocno gitarową pozycję - recenzujemy w innym miejscu.
A poniżej to, co zanotowałem z mojej rozmowy z Jackiem Krzaklewskim.
Bo to o niego właśnie chodzi.
ULEFOS BLUES. Ten
tytuł wziął się od nazwy miejscowości w Norwegii. Kiedyś grałem z
Leszkiem Cichońskim w duecie gitarowym. I pojechaliśmy na taką traskę
po klubach norweskich. Pewnego dnia przyjechaliśmy do miejscowości
Ulefoss. Rozłożyliśmy tam w klubie swoje wzmacniacze i kiedy nadeszła
godzina rozpoczęcia koncertu - zaczęliśmy grać. Na sali siedziało
przedziwne towarzystwo, składające się z bardzo potężnych mężczyzn,
którzy zupełnie nie reagowali na nasze granie. Zdziwiło nas to, bo
w klubach, w których wcześniej występowaliśmy, była bardzo gorąca
atmosfera. A tu na dodatek, gdzieś tak po trzecim numerze, jeden z
tych gości, ogromny Norweg, powoli wstał z krzesła, skierował się
w naszą stronę i spokojnym ruchem wyciągnął wtyczkę z kontaktu, odłączył
nam prąd... Później się dowiedzieliśmy, że był to klub country'owy
i przychodzi tam ludzie, którzy innej muzyki nie tolerowali. Dlatego
nie mogli znieść tych naszych bluesowych historii...
KLIMATY. Chyba
każdy instrumentalista odczuwa chęć, aby zrobić materiał, który by
naprawdę był tylko jego dzieckiem. Ale ta moja płyta się wzięła także
stąd, że jestem właścicielem "nagrywalni" (studio Bluesaw,
w Oleśnicy - przyp. wk). Dzięki temu miałem możliwość bezstresowego
bawienia się dźwiękiem. Początkowo nawet nie myślałem o wydaniu tego
materiału. Było to na zasadzie, że jak miałem trochę wolnego czasu,
to siadałem i coś tam dłubałem... Przychylność Andrzeja Puczyńskiego
(szef Universalu, wydawcy Ulefos Blues - przyp. wk), który zresztą
nie raz dodał mi otuchy, sprawiła, że materiał trafił na rynek...
To było nagrywane w latach 94-99 i jest wypadkową moich rozmaitych
fascynacji z tego okresu. Od ballady Joe's Mood, będącej jakby ukłonem
w stronę Satrianiego, po muzykę prawie ilustracyjną, nawet beztematową...
Niektóre z moich utworów to po prostu takie klimaty.
KŁOPOT. Sześć gitar
użyłem nagrywając tę płytę, bo chodziło mi o bardzo różne brzmienia...
Telecaster, Ibanez Jem 77, Music Man, Flying V Gibson i dwa "akustyki",
w tym świetna gitara nylonowa, kanadyjska Seagull. Część bębnów jest
programowana, część to tak zwane loopy. Dlaczego? Mogłem to nagrać
z ludźmi, z sekcją rytmiczną, ale byłby to kłopot, trzeba byłoby kogoś
specjalnie angażować, znaleźć właściwych muzyków... A nie chciałem
nikogo wciągać do tych moich zabaw, bo naprawdę traktowałem to z początku
tylko jako zabawę.
ZŻYCI ZE SOBĄ. Reakcje
kolegów z Pefectu po wydaniu Ulefos Blues były bardzo przyjemne. Bardzo
ciepło przyjęli moją płytę, gratulowali, dopytywali się, jak idzie
promocja. W tym obecnym składzie jesteśmy bardzo zżyci ze sobą...
Zresztą z Darkiem Kozakiewicem znam się od wielu lat. Bardzo dawno
temu, w latach 75-76, grałem z nim w zespole Test.